Zapadłe w sercu

niedziela, 29 marca 2015

#78 Nieoczekiwane

Życie jest niesamowite. Jednego dnia myślisz, że już nie dasz rady, że to wszystko Cie przerosło,a drugiego dnia wydarza się coś takiego, że masz ochotę skakać pod sufit - oczywiście z radości, nie jako pierwsze oznaki obłędu ;)

I tu przypomniałam sobie cytat:

Najpiękniejszych chwil w życiu nie zaplanujesz. One przyjdą same.- Phil Bosmans

I tak właśnie wczoraj spotkałam przesympatyczną, bardzo ciepłą i co najważniejsze autentyczną osobę. Przynajmniej tyle mogę powiedzieć po tak krótkim spotkaniu :)

Życie jest darem. Jest nim. Dziękuję Ci Panie za ten dar i Twoją Obecność.
:)

                                                                   *     *      *

W nawiązaniu do poprzedniego postu od jakiegoś czas na TVN7 leci "Castle" od sezonu pierwszego, aktualnie chyba leci drugi w weekendy. Powtórki są przez określoną liczbę dni dostępne na tvn player, serdecznie zachęcam do oglądania :)

Ja tymczasem razem z moim kubkiem cappuccino uciekam:) Trzymajcie się ciepło!







Tam gdzie w miłości ludzie stają się zno­wu ludźmi, ot­wiera się niebo nad ziemią. - Phil Bosmans



niedziela, 21 grudnia 2014

#77 Gwiazda i policjantka

Jakiś czas temu na jakimś blogu natrafiłam na recenzję serialu "Castle". Już sam opis mnie zaciekawił, gdyż swojego czasu namiętnie oglądałam i czytywałam kryminały, jednak starałam się rozsądnie wybierać, te bardziej krwawe odrzucałam.

Jakiś czas temu obejrzałam pierwszy odcinek, pierwszy dla mnie, bo był to któryś z kolei sezon i zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Fabuła dla mnie idealna! Richard Castle znany pisarz obserwuje policjantkę w śledztwach przy okazji jej pomagając, gdyż cierpiał na niemoc twórczą i potrzebował inspiracji. Sprawy są poważne, jednak samo zachowanie Castle'a już niekoniecznie co podoba mi się jeszcze bardziej, bo zawsze kończę oglądać serial z uśmiechem na ustach :D

CSI:Miami czy NY, którę oglądałam wcześniej były od początku do końca poważne, a tu o ile sprawa jest poważna, o tyle zachowanie bohatera np. w życiu prywatnym nie do końca. Przykładem może być dialog bohatera ze swoją córką, która mówi do niego, że wybiera się uczyć czy coś w tym stylu, a ten mówi, wolisz naukę od nielegalnych fajerwerek? A ona do niego zawiodłam Cię? A on tak :D No po prostu cud miód! :D:D Hahaha

Jest niepoważny, ale też potrafi być poważny i tym mnie urzekł!

Ostatnio także oglądam "Napisała morderstwo", ale o tym może w innym poście :D

piątek, 28 listopada 2014

#76 Kiedy się zmieniamy...

Dawno mnie tu nie było. To znaczy jest co prawda post z października, ale to wszystko dotyczyło tylko recenzji...no tak miałam się na tym skupić. Niedługo do tego wrócę, chociaż ostatnio straciłam do tego serce. Nie czuję już takiej potrzeby jak kiedyś żeby tu pisać. A dlaczego? Zmieniłam się tak sądzę. Nauczyłam się żyć w tym realnym świecie.


W te wakacje wiele się działo. Najwięcej w mojej głowie i sercu. Różni ludzie, nowi ludzie, pożegnania. To wszystko szybko się działo. I dzieje nadal. Choć aktualnie jestem na etapie zatrzymania się. Stop. Trzeba przemyśleć.

Dziękuję tym wszystkim, którzy mimo wszystko dalej mnie tu czytają i postaram się poprawić w postach.

A tymczasem nastrajam się.





piątek, 3 października 2014

#75 Stara miłość nie rdzewieje...

Na książkę Mhairi McFarlane "Nie mów nic, kocham cię" trafiłam przez przypadek. Jednak naprawdę mnie wciągnęła! Opowiada z pozoru standardową historię spotkania przyjaciół ze studiów po latach. Ben i Rachel spotykają się w Manchesterze. Ona świeżo po rozstaniu, on razem z piękną żoną Oliwią niedawno się przeprowadzili. I tak równolegle poznajemy dwie historie - Bena i Rachel za czasów studiów, a także Bena i Rachel obecnie.

Książka ta jest lekko zabarwiona humorem, przez to momentami można się uśmiać czy nawet podłapać kilka ripost. Czyta się lekko, szybko mimo swojej objętości oraz niezwykle wciąga. Nawet okładka przypadła mi do gustu co rzadko się zdarza. Niestety nie mam zdjęcia z tego co kojarzę, ale załączam link:

http://merlin.pl/Nie-mow-nic-kocham-Cie_McFarlane-Mhairi/browse/product/1,1279711.html?place=suggest

Mam nadzieję, że do biblioteki dotrze także kolejna powieść wyżej wymienionej autorki, która odpisała mi nawet na facebooku co oznaczam za bardzo miłe:)

Recenzja ta jest dosyć krótka, gdyż nie chce zbyt wiele zdradzać, ponieważ książka jest wg mnie naprawdę warta uwagi.


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

#74 Miłość od pierwszego dźwięku

Pamiętam jak pewnego dnia leciał w tv jakiś program muzyczny. Bardzo spodobała mi się jedna piosenka, jednak nie znałam ani jej tytułu, ani wykonawcy. Pamiętałam teledysk. I tak nie wiem niestety jak ją potem odnalazłam ale udało się. To był ten oto utwór:



I tak zaczęła się moja nowa miłość. Był to rok może 2006. Na urodziny dostałam jej dwa albumy "No Angel" i "Life for rent". Zakochałam się, to nie była przelotna miłość, tylko dość trwałe uczucie do muzyki.



Mogę słuchać wielu rodzajów muzyki, wielu utworów, ale gdyby ktoś zapytał mnie kto jest moją ulubioną piosenkarką, mimo to, że mogłabym jej tymczasowo nie słuchać, odpowiedziałabym, że ona - Dido. Zawsze do niej i tak wracam po jakimś czasie :)

Niedawno dokupiłam kolejny jej album "Safe trip home". Na najnowszy "Girl who got away" nie skusiłam się ze względu na to, że dużą część piosenek ma wstawki jak ja to nazywam elektroniczne (komputerowe), a nie to lubiłam w starej Dido. Jednak mam kilka utworów, które i w tej płycie przypadły mi do gustu są to m.in. "Let Us Move On", "Day Before We Went War" i "Sitting On The Roof Of The World".

Dido urodziła się 25 grudnia 1971 roku w Londynie. Jej brat Rollo był członkiem rozwiązanej już grupy Faithless.

Gdybym miała odpowiedzieć, dlaczego akurat ona, nie umiałabym chyba znaleźć odpowiedzi. Po prostu to ta muzyka :).

Poniżej przedstawię kilka utworów z listy moich ulubionych. Na początek piosenka z pewnego filmu, która nie pochodzi z żadnego z jej albumów.




Kolejne to utwory z płyt.






czwartek, 7 sierpnia 2014

#73 Miłość jak ze snu

Na tą książkę natknęłam się przypadkiem, mój wzrok przyciągnęła okładka, której jednak kiedy przyjrzymy się z bliska okazuje się trochę tandetna. Wg mnie trochę niedorobiona, gdyż para na tym tle wypada...no dość sztucznie. W każdym bądź razie w końcu najważniejsza jest treść.




Nie jest to książka z jakimś głębokim przesłaniem. Z początku nazywałam ją nawet dość płytką, jednak po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że jednak coś się da z niej wykrzesać, bo nie jest to do końca tylko historia o miłości. Choć w większości tak.

Bohaterką książki "Zimowy ślub" Sharon Owens jest Emily pracująca w redakcji "Stylowego życia", która jakiś czas temu wraz ze swoimi wspomnieniami uciekła z Belfastu do Londynu by zacząć od nowa. Przeszkadza jej w tym jednak szafa pełna wspomnień, pamiątek. Na ich wyrzucenie jednak Emily nie znajduje wystarczającą siły. Pewnego dnia postanawia oddać nietrafione prezenty od swojej przyjaciółki Arabelli do sklepu dobroczynnego. Tam poznaje przystojnego Dylana...

Tak by można było w skrócie przedstawić wstęp do tej oto książki. I muszę zwrócić jej honor, gdyż nie jest do końca taka płytka jakby się mogło wydawać. Motyw szafy, uwięzienia we wspomnieniach, trudnego dzieciństwa przeplata gdzieś tą romantyczną historię sprawiając, że osiąga ona pewną głębię. Tylko żeby ktoś tu nie pomyślał, że czytam tylko jakąś nie wiadomo jak ambitną literaturę, o co to to nie, ja po prostu lubię książki z przesłaniem:)

Koniec końców popłakałam się przy ostatnich stronach. Mogło to być jednak spowodowane wydarzeniami w moim życiu z ostatniego czasu, więc jeśli Wam nie zdarzy się uronić łzy i będziecie się zastanawiać o czym ona pisała, to nie, spokojnie, jesteście normalni.

Ogólnie wydaje mi się, że warto tą książkę przeczytać jako taką odskocznię od szarej rzeczywistości.




czwartek, 3 lipca 2014

#72 Bo każdy pragnie szczęśliwego zakończenia...

Dawno mnie tutaj nie było. Ktoś jakiś czas temu powiedział mi, że zapewne skasuje w końcu tego bloga. Byłam bliska tego, jednak gdy spojrzałam na nagłówek, na spis ludzi, którzy mnie czytają, to choćby była ich garstka to osiągnęłam to sama i jednak szkoda by mi było tak ostatecznie to porzucić. Dziś wracam do Was z jedną z pierwszych wakacyjnych recenzji w tym roku.




Na książkę Lucy Dillon "Szczęśliwe zakończenie" wpadłam przez przypadek o ile dobrze pamiętam. Wypożyczyłam ją już jakiś czas temu, wiecznie przedłużając termin oddania, głównie ze względu braku czasu w roku akademickim. Niektóre książki oddawałam bez przeczytania, jednak ta jakoś dzielnie trwała na mojej półce. I już wiem dlaczego. Nie mogłam się od niej oderwać.

Bohaterka Michelle po ucieczce od męża osiedla się w Longhampton, gdzie ma nadzieję zbudować na nowo swoje życie. Przez przypadek poznaje Annę - zabieganą właścicielkę niesfornego dalmatyńczyka Pongo. Stają się one mimo różnych charakterów dobrymi przyjaciółkami. Michelle - lokalna bizneswoman - po sukcesie swojego sklepu Home Sweet Home postanawia zamienić opuszczoną księgarnią na sklep z pościelą. Jednak istnieje pewien mały haczyk - prawnik Rory, który sprawuje pieczę nad interesami dotychczasowego właściciela księgarni - informuje Michelle o przymusie prowadzeniu księgarni jeszcze przez rok nim pojawi się w jej miejsce inny sklep. Kobieta podejmuje się tego zadania, a na kierownika wybiera Annę, dla której książki znaczą naprawdę wiele, są jej pasją, a jednocześnie sposobem oderwania się od rzeczywistości. Godząc obowiązki macochy dla trzech pasierbic - Lily, Chloe i Becci - Anna odnajduje swoje małe miejsce na ziemi. Jednocześnie właśnie to miejsce staje się zaczątkiem kolejnych wydarzeń, które ostatecznie odmienią życie niejednej osoby. Jednak czy wszyscy bohaterowie doczekają się swojego szczęśliwego zakończenia?

Książka ta jest przepełniona dobrymi emocjami - miłością, szczęściem, spokojem, a jednocześnie gdzieś z zakamarków wychylają się także te negatywne. Jest to opowieść na pewno warta polecenia, pokazująca, że czasami trzeba stanąć twarzą w twarz z naszą przeszłością, zamiast budować mury w teraźniejszości.